

z prądem, łatwa trasa rowerowa, dłuższy bieg, bardzo dużo znajomych, atrakcje dla dzieci – to było coś dla mnie!
Pierwszy w 40-latkach, 5-ty w całym wyścigu – działo się i było naprawdę dobrze – przed przygotowaniami brałbym w ciemno!
Pomysł zrodził się ok 2 lata temu. Żona Ania zaczęła przygodę z Triathlonem już w 2018 rok. Nasz zaprzyjaźniony fizjoterapeuta Fizjoterapia Figat powiedział: Ania, dla ciebie najlepiej byłoby nauczyć się pływać, zmniejszyć bieganie. Chwilę po tym, już przejęli Ją triathloniści i „wsiąknęliśmy”.
Czasami wychodziłem z Anią pojeździć, szczególnie w okresach, kiedy leczyłem urazy lub trzeba było zmniejszać obciążenia biegowe, a dbać o wydolność. Przypominałem sobie też trochę pływanie. Szczególnie fajnie w wodach otwartych. Tu i tu starałem się wspierać i zabezpieczać.
Ania powoli zwiększała dystans, aż dwukrotnie pokonała ½ IM. Byłem przy przygotowaniach i jednym ze startów, wtedy zawsze rodzi się myśl: a może by tak spróbować? Byłem jednak ciągle biegaczem, a na rower, pływanie, a tym bardziej skompletowanie sprzętu trzeba czasu…
Pierwszy mój triathlon w 2023 roku w Serocku na dystansie ¼ pokazał, że ½ jest do pokonania. Zdobyłem rower, zaplanowałem start na lato 2024, jednak udało się dostać do Paryża na sierpniowy Maraton podczas Igrzysk Olimpijskich, więc wybór był oczywisty – trzeba przełożyć debiut „w połówce” na 2025 r. Bydgoszcz będzie idealna!
Plan był ambitny – szykujemy się od października i to będzie start sezonu! Wyszło jednak tak, że po perypetiach zdrowotnych ruszyłem dopiero od stycznia.
Zapisałem się na pływackie treningi grupowe do Sebastian Karaś – 100 km wpław przez Bałtyk i raz w tygodniu udało się pływać, aż do końca czerwca – to dało dużo pewności i swobody w mojej najsłabszej dyscyplinie wchodzącej w skład triathlonu.
Rower poszedł mi ciut gorzej. Po grudniowym dopasowaniu dopiero pod koniec maja skompletowałem wszystkie elementy, które były do wymiany w mojej „czasówce”, ale za to więcej jeździłem na rowerze szosowym, z którym bardzo się polubiliśmy – ten daje wolność, przyjemność z jazdy! Udawało się również poćwiczyć średnio raz w tygodniu, w czerwcu 2 razy, w tym 3 jazdy zbliżone do 100 km – co najważniejsze nie było już problemów z 2024, kiedy to po 80 km nogi odmawiały posłuszeństwa. Zimą trochę pojeździłem na Rouvy, co jest super pod kątem domowych podróży po świecie!
Bieganie – moje ukochane! Kosztem 2 pozostały dyscyplin, a także koniecznością poświęcenia czasu na sprawność i siłę z wolnym ciężarem ucierpiało mocno. Objętość spadła – przebiegłem w ostatnie pół roku zaledwie 1500 km. Jednak kiedyś tyle robiłem nawet w 2 miesiące. Całe szczęście tego się nie zapomina, jeżeli jest tylko ciągłość. Na olbrzymi plus był lutowy obóz w Kenii na dużej wysokości, gdzie super potrenowałem – głównie jako biegający trener z Izą Paszkiewicz i Anią Bańkowską. Bieganie i co środę siłownia – 3 tygodnie solidnego treningu!
Najważniejsze, co udało się utrzymywać od stycznia, to właśnie systematyczność. Bez kontuzji, bez praktycznie żadnych problemów realizowałem swój plan. Ok. 10 h tygodniowo łącznie z siłą i sprawnością ogólną dawało mi pewność, że dam radę to zrobić i będę się ścigał w swojej kategorii wiekowej z najlepszymi!
Dużo pomógł trening siłowy. Tu wiele fajego zrobiliśmy w Płocku z Danielem Żołekiem
Wiedziałem, że w Bydgoszczy będzie mocna stawka rywali i będzie przepiękne ściganie, a to w sporcie uwielbiam. To poza samym procesem, treningowym, progresem, sportowa walka nakręca najbardziej.
Taka niewielka ilość treningu okazała się prawie trafiona. Dużo pracuję przez ostatnie lata plus życie rodzinne. To wszystko nie daje wielkiej przestrzeni do pasji i samorozwoju, ale nie ma się co oszukiwać – ciągnie wilka do lasu!
Jedno, czego się nauczyłem przez lata treningu, to sens trudnego i dużego objętościowo treningu jest wtedy, kiedy jest czas na jego zregenerowanie. Tylko wyważenie daje sukces – na każdym moim zdaniem poziomie.
Poza obozem i wspomnianymi długimi jazdami dużą rolę odegrały starty. Celowo nie było ich zbyt wiele. Podnosiły wytrzymałość, a nie eksploatowały – kierowały formę na odpowiedni czas. Poziomu biegowego w tym roku nie udało się szczególnie wyśrubować, ale nie taki był cel. Najszybciej na 5 km pobiegłem 15:14, a na 10 km tylko 31.48, choć wiem, że stać mnie na sporo więcej, trzeba by było tylko się na tym bardziej skoncentrować. Nie startowałem na dłuższym dystansie niż 10 km.
W triathlonach startowałem dwóch – w Żninie na 1/8 1 czerwca i 28 we Frydmanie w sprincie.

Bardzo dużo dały tygodniowe wczasy zaraz po Frydmanie. Na podhalu, gdzie trenuje się zawsze fantastycznie. Trafiła idealna pogoda. Wycieczka do Szczyrbskiego Plesa o długości przekraczającej czasem ½ IM z pewnością dużo dała. Wyspałem się, także wpadały popołudniowe drzemki.
Do Bydgoszczy przyjechaliśmy w piątek, zatem było dużo czasu na przygotowanie, co jest dla mnie ważne. Mnogość czynności, którą trzeba odhaczyć w drodze do mety triathlonu jest momentami przytłaczająca. Nie myśli się przynajmniej o formie i nie ma czasu na przedstartowy stresik, a ten był – jak niegdyś, kiedy walczyłem o swoje najwyższe cele!
W sobotę startowała Ania na ¼ i dzieci w biegach. W niedzielę obudziłem się tradycyjnie przed budzikiem – tuż przed 5:00. Niewielkie śniadanko – bułka z masłem i dżemem truskawkowym od Mamy, kawa i szybko do strefy sprawdzić rower i zanieść zapomniany numer startowy na bieg.
Dobiegłem 1500 m do startu biegu. Pogoda genialna – lekko rześko, ale słonecznie, więc będzie się ocieplać. Praktycznie bezwietrznie, asfalt suchy, a więc dla debiutantów idealnie, bo przede wszystkim bezpiecznie. Zastanawiałem się nad założeniem dysku, ale problem rozwiał się, jak zobaczyłem, że nie mam go jak napompować, bo trzeba mieć odpowiednią fajkę lub wężyk do pompki.
Na starcie pływania byłem już 6:30. Założyliśmy z bratem pianki i chcieliśmy pójść się porządnie dogrzać, żeby nie złapać znowu zadyszki po starcie. Niestety jak przebiliśmy się do wody, sędziowie kazali wychodzić, więc zdążyłem jedynie nalać wody do pianki…
Start bez problemów, ok. 8 minut po pierwszym zawodniku. Początek spokojny. Starałem się płynąć luźno. Zgubiłem szybko Przemka, z którym ruszyliśmy. Niestety okularki miałem od początku zaparowane i nie widziałem wiele. Po ok. 2 minutach zacząłem czuć, że się przyduszam. Wróciły demony z Czorsztyna, wiec wyluzowałem z tempem, skupiłem się na miarowym oddechu i żeby nie wdawać się przepychanki z wyprzedzanymi rywalami.
Złapałem rytm i wyprzedzałem kolejnych pływaków. Niestety nawigowanie na niewiele się zdawało, bo jedyne co dobrze widziałem to piękne wodorosty na dnie ułożone w stronę prądu wody, który ewidentnie ułatwiał zadanie! Do tego widziałem kolejne mosty i starałem się płynąć możliwie środkiem rzeki, gdzie nurt teoretycznie miał być najbardziej sprzyjający.
Były dłuższe momenty, kiedy nikogo nie czułem przed i za sobą, a za chwilę byli daleko z boku, co nasuwało pytanie, czy korzystam odpowiednio z prądu rzeki…pewnie nie.

Wyprzedziło mnie 2 rywali, ja o wiele większą ilość, więc to napędzało!
Na końcówce trochę podkręciłem odepchnięcia, trochę mocniej popracowałem nogami, ale z myślą o tym, żeby nie wyjść zdezorientowanym i na miękkich nogach do strefy zmian i roweru.
W strefie bardzo płynnie, mimo biegu w butach kolarskich, czego nie wyeliminowałem finalnie na rzecz słynnych gumek, wskakiwania na rower itd.. co ponoć oszczędza kilka sekund. Zostawiam to sobie na później.

Początek roweru bardzo zdecydowany. Szybko okazało się, że wykombinowany samemu bidon aero przy lemondce nie spełni zadania. Licznik nie złapał GPS – leciał tylko czas, żel przyklejony do ramy drapie w udo, a więc sukcesów brak. Ważne, że rower dobrze jedzie i jestem tu, gdzie jestem! Miałem wtedy w głowie, że czeka mnie długa przeprawa i muszę być mądry, żeby nie przepalić na początku z prędkością, a przede wszystkim nie rozbić się gdzieś na zakręcie. Jeden z organizatrów Olek i Sędzia zwodów przestrzegli rano, żeby uważać na nawrotach, szczególnie na stryczku i na szybkim zakręcie na białych liniach, choć jest sucho, więc mówili, że będzie spoko.

Pierwszy podjazd od wspomnianego zakrętu w bezpieczną stronę i już mam pierwszych dogonionych lepszych pływaków. Na pływaniu byłem 91 na 750 startujących, więc siłą rzeczy na rowerze mocno się przesuwałem. Wyprzedzanie zawsze fajnie napędza, choć czasem jest trudne technicznie, kiedy trafi się, że np. trzeba „na trzeciego”. Piłem co 15 minut, jadłem żele lub galaretki co 30 minut. Po pierwszym z 5 kół zauważyłem, że licznik pokazuje średnią 33 km/h… Szybko zorientowałem się, że musiał zacząć działać z opóźnieniem i jest to zakłamana wartość, bo od dłuższego czasu jechałem żywo i raczej bliżej 35-40 km/h.
Miałem względny luz, niewielu mnie wyprzedzało, a jeśli już, to z górki lub na płaskim, a ja Ich tradycyjnie na podjazdach.
Wiatr się wzmagał. Wyprzedzający mnie kolarze, szybko zjeżdżali do prawej, żeby na chwilę złapać się za kolejnymi kolarzami przed nami. Po drugiej pętli już dublowanymi. Czasem była pokusa, żeby złapać się zawodnika, który mnie wyprzedził, ale od razu ukazywał mi się w wyobraźni mem parówek na rowerach po Iron Manie w Warszawie i odpuszczałem na regulaminowy dystans. Łapałem wtedy bidon, czy żel, żeby nie było… Choć to najlepiej nakręcało do pracy. Ja pod górkę, Oni z górki i lecimy razem, choć osobno znacznie szybciej!
Na jednym z podjazdów, lepszy ode mnie kolarz podjechał i pogadaliśmy o ostatnim podcaście na Bieganie.pl
Było bardzo dobrze! Momentami tylko miałem lekki stres na studzienkach, czy nierównościach że złapię gumę, jak zdarzało się kilku zawodnikom, których widziałem na trasie. Moje szytki nie dawały tu już szans na dokończenie wyścigu, a to byłoby dość przykre. Na jednym dołku straciłem bidon z koszyczka za siodełkiem, kupionego dzień przed zawodami i który nie skręciłem wystarczająco… Co ciekawe, po nawrotce podał mi go jeden z kibiców – wpadłem w lekki szok! Niestety szybko spadło z niego wieczko i cały oblałem się isocarbem. Wypiłem od razu większość bidonu, dużo jeszcze widzę na swoim rowerze.

Kiedy wjechałem na ostatnią pętlę, przyspieszyłem, bo czułem, że już dojadę w dobrej formie i w jednym kawałku. Nie bałem się już zakrętów i wyprzedzania. Super doświadczenie! Na ostatniej pętli wyprzedziłem Martę z Płocka, a Ona mnie na zjeździe, mimo że dokręcałem. Wydaje mi się, że ciągle moja technika i aero pozostawiają wiele do życzenia…
Druga strefa zmian bardzo sprawna – jedna z lepszych w całej stawce.
Wystartowałem do biegu ze sporym animuszem, choć planowałem się hamować, bo to dużo biegania!

Nogi pracowały bardzo dobrze, nie było ciepło, a kiedy zachodziło słońce wydawało się wręcz idealnie. Szybko wyprzedzałem kolejnych rywali. Na pierwszej z czterech pętli widać było jak na dłoni, Kogo mam przed sobą i ile odrabiam. Szczególnie przyjemne było dopadać Tych lepszych kolarzy.
Przy miasteczku wokół hali Łuczniczka ogłuszający doping, muzyka, spiker uczący się, czy to Giza Team, czy Giża Team Było pięknie!

Na drugiej pętli problemy – narastająca kolka, a raczej skurcz przepony. Początkowo wydawało się, że to zbyt dużo żeli i wody, ale za bardzo rozlegle i ucisk ewidentnie przynosił ulgę. Biegłem więc, uciskałem i robiłem swoje. Po 10 km zerknąłem na zegarek po piknięciu automatycznego międzyczasu, a tu 3:45. Oj nie jest dobrze… Jednak dalej wyprzedzam. Ania podaje straty do najlepszych. „Trzymaj tempo, a wygrasz kategorię”. No dobra. Tylko nie ma już tej przyjemności i nastawienia na odrabianie, a bardziej na przetrwanie, dotarcie do mety. Zaczął się prawdziwy wyścig. Kolejna pętla – jeszcze gorsze problemy. Napiłbym się coli, ale trafiam na zagęszczenie biegaczy na punkcie odżywczym i łapię znowu tylko wodę.

Ostatnia pętla, guru triathlonu w rodzinie, czyli Ania mówi – już tak dobiegnij, więc już tak nie walczę, tylko skupiam na tym, że jestem najdłużej w wysiłku startowym w życiu, bo wcześniej to było max poniżej 2 godzin i trzydziestu minut, a tu… nie wiem dokładnie, ale pewnie ok 4:20, bo tak to sobie mniej – więcej wyliczałem, że tyle powinienem dać radę, a wszystko co lepiej, to moje.

Nie miałem jakiś wielkich oczekiwań – dużo mogło się zdarzyć, wiele zawieść. Teraz ta kolka zdecydowanie utrudniła zadanie, ale organizm zwyczajnie musi nauczyć się gospodarowania zasobami, żeby to w pełni zagrało. Paskudnie otarł mnie chip nad kostką, mam teraz tworzącego się strupa wokół całej kostki. Przeszkadzało to w czasie biegu już od początku, przez to druga noga mocniej obolała, bo siłą rzeczy – odciążałem minimalnie tą otartą.

Muszę zrobić wreszcie check-listę na triathlon, jak robiłem to na Maratony, z drugiej strony to jakiś trening mózgu. Liczę, że w końcu otrzaskam się z tą całą triathlonową logistyką. Jedno jest pewne, że następnym razem zostaję w hotelu na nocleg po takich zawodach, żeby nie trzeba było wszystkiego mieć spakowanego w samochodzie przed startem – to dużo ułatwi zadanie…

Muszę też zainwestować w bidon na lemondce. Mam już namiar na producentów na wymiar – to super ułatwia zadanie pobierania napojów. Z pewnością więcej muszę jeździć na czasówce i coś szybciej, a nie tylko rozjazdy, choć jak to daje progres, to po co dokładać specjalistyczny trening… W ubiegłym roku pojechałem 2 pętle ze średnią 39 km/h, teraz 38 km/h na 5 okrążeń.

Są zadowolenie z siebie, wnioski, jest chęć czegoś więcej. Gdzie i kiedy? Nie mam jeszcze pomysłu…
Wielkie gratulacje dla wszystkich triathlonistów ścigających się w Bydgoszczy i dla organizatorów. Podziękowania dla kibiców, w tym moich wspaniałych towarzyszących na całej trasie i wspierających on-line.
Było fantastycznie!!!